Powoli wszystkich tracę i marnuję sobie życie....

Kiedy od lat narzekałeś na samotność, a teraz masz wrażenie że właśnie doświadczasz jej po raz pierwszy, widzisz czym rzeczywiści jest. Był czas, że miałem wielu znajomych/przyjaciół w Internecie, do tego na żywo przewinęło się trochę ludzi, do których w mniejszym lub większym stopniu byłem przywiązany. Teraz są takie chwile, że kiedy czuje się bardzo źle nie mam praktycznie komu o tym powiedzieć, głupio mi odzywać się do kogokolwiek kiedy kontakty słabną. Każdy ma swoje zajęcia i wymówki, ale czuję, że oni po prostu się ode mnie oddalają. Mam jedną osobę z którą mamy kontakt codziennie, tak naprawdę gdyby nie on to byłyby dni czy nawet tygodnie bez rozmowy z kimkolwiek. Pandemia doszczętnie odcięła mnie od świata i w sumie z jednej strony jestem za to wdzięczny losowi, ale fakt faktem- z nikim się nie widzę, nie spotykam. W domu też czuję się jakoś obco, czuję, że nie spełniam wymagań, że tylko przeszkadzam i utrudniam każdemu życie. Chyba już wolałbym mieszkać całkiem sam. Taka ironia, że nawet czując w sobię ogromną samotność i potrzeby kontaktu z kimś komu mógłbym zaufać i powiedzieć o tym wszystkim chcę też izolacji i czuję taką niechęć i nienawiść do ludzi... Mało tego- ja nawet nie umiem mówić o tym co czuję, nie umiem powiedzieć nikomu o tym, że czuję się źle sam ze sobą, że żyję wydarzeniami z przed miesięcy i nie potrafię wybaczyć sobie paru rzeczy, które zrobiłem, mam wrażenie, że dużo zniszczyłem. Gdybym postąpił inaczej mogłoby być inaczej teraz w moim życiu, ale niestety czasu nie da się cofnąć. Zresztą co ktoś może mi na to poradzić, zbyt wiele razy słyszałem już, że będzie dobrze, a nadal nie jest. No może było, a tego nie doceniałem. Tkwię w miejscu zarówno uczuciowo jak i ogólnie życiowo (?)- nie mam w życiu żadnych celów czy perspektyw. Za miesiąc mam 22 lata i absolutnie się na tyle nie czuję, boję się wręcz tego wieku. Może nie konkretnie tej liczby, ale tych uciekających lat... 4 lata temu skończyłem 18, 3 lata temu skończyłem liceum i od tego czasu mam wrażenie nic w moim życiu nie idzie w dobrym kierunku. Każda próba zmian, usamodzielnienia się itd kończy się niepowodzeniem. Nigdy nie miałem nawet prawdziwej pracy, boję się wiele rzeczy robić sam. Jestem naprawdę dobrym przykładem, że wiek to tylko liczba, bo wiele osób młodszych ode mnie nawet 5 lat czy więcej radzi sobie o wiele lepiej. Ale co z tego, że nie czuję się, ani ponoć nie wyglądam na swój wiek. Przeraża mnie wizja tego, że będę mieć 25, 30 i tak dalej i nic nie osiągne. Mam wrażenie, że do niczego się nie nadaję i nie wiem nawet czego próbować, boję się kolejnych porażek i niepowodzeń. Już nawet drobne, codzienne czynności gdy nie idą po mojej myśli doprowadzają mnie do płaczu i myśli, że mam dość tego życia. Każdy dzień wygląda tak samo, ale nie jestem gotowy na zmiany. Te sprzeczności są naprawdę męczące. Nienawiść do siebie przytłacza i nie pozwala mi zrobić czegokolwiek. Wspomnienia, wyżuty sumienia i lęk towarzyszy mi każdego dnia. Próbuję oczywiście się czymś zająć żeby oderwać myśli, ale często to nie pomaga lub wręcz pogarsza, kiedy właśnie coś mi nie wychodzi. A wiadomo, że czasami każdemu coś nie wychodzi, kwestia tylko jak często sie to powtarza i jak sobie z tym poradzimy. Przed innymi najlepiej to ukrywać, bo mam wrażenie, że każdy mnie osądza, dlatego też boję się pokazywać swoich starań, swoich celów o ile akuart jakieś mam, bo przecież potem będzie, że miało być tak super a tu znowu nic. Często mam skrajne podejscie na zasadzie albo będzie idealnie w 100% jak ja chcę, albo nie będzie nic i rezygnuję. Stąd też pewnie te częste myśli o rezygnacji z życia, ale wiem, że trzeba walczyć. To że żyję jest jednocześnie moją największą wygraną i porażką. Jak zwykle rozpisuję się pod wpływem emocji na zupełnie inny temat niż planowałem, heh. Ciekawe czy ktoś w ogóle dobrnie do końca. Jeśli jakimś cudem czyta to ktoś kto jest lub był kimś ważnym w moim życiu (możliwe, że nawet o tym nie wiedząc) to chcę żeby wiedział, że bardzo dziękuję- dziękuję każdemu kto pomaga mi przejść chociaż jakiś kawałek tej trudnej drogi zwanej życiem. Podobno powinno się być wdzięcznym za to, że ludzie pojawiają się w naszym życiu, bo zawsze pojawiają się po coś. I tak, jestem wdzięczny tylko trudno jest mi się z nimi żegnać a właściwie patrzeć jak odchodzą bez pożegnania. Pewnie niejednokrotnie było w tym mnłóstwo mojej winy, ale ja naprawdę zawsze chciałem dobrze dla każdego mimo iż moje intencje różnie wychodziły w praktyce. Raniłem ludzi dlatego, że sam byłem zraniony, dlatego że sam bałem się zranienia i odrzucenia. Jest we mnie jeszcze jakasś nadzieja, że to wszystko się ułoży, cokolwiek mam przez to na myśli, bo w sumie sam nie wiem. Nie pamiętam już co znaczy szczęście w znaczeniu stabilnego uczucia, a nie pod wpływem chwili. Od dobrych 7 lat go poszukuję i możliwe, że nigdy nie znajdę; Ale póki jest nadzieja znaczy, że człowiek walczy. Nawet jeśli ta walka oznacza leżenie którąś noc z rzędu płacząc to nie zamierzam się poddać. To chyba tyle na dziś, do następnego (postaram się może pisać cześćiej haha)

Komentarze

Popularne posty